Afryka 2014 – odcinek 8

NASZA CODZIENNA AFRYKA


fot. Michał Sętorek

fot. Michał Sętorek

Dzisiaj opowiem Wam o tym, od czego właściwie powinnam zacząć, rysując tło naszej tanzańskiej misji – czyli o przygotowaniach do wyjazdu i warunkach jakie tam mieliśmy. Będzie o komarach, robakach i  oczywiście o… jedzeniu ;)

Pamiętam, że moją ostateczną decyzję o wyjeździe długo zakłócała myśl, czy dam sobie radę – ale nie psychicznie czy społecznie, lecz fizycznie. Okropnie bałam się afrykańskich upałów („hahaha” – pomyślą moi tanzańscy współtowarzysze;) ). Okazało się natomiast, że tam gdzie byliśmy było dość ZIMNO. Nawet w ciągu dnia do południa często chodziliśmy w długich spodniach i bluzach z powodu wiatru i gęstych chmur na niebie. Dopiero kiedy zza tych chmur wyglądało słońce – wtedy robiło się faktycznie gorąco. W nocy było gdzieś w okolicach 15 stopni, a może i mniej, okna w pokoikach nieszczelne, więc każdy przykrywał się wszystkim, co miał :D

Nasze przygotowanie przed wyjazdem pod kątem zdrowia polegało na wykonaniu kilku szczepień. Od turystów przybywających do Tanzanii, którzy mają w planach odwiedzić też Zanzibar, jest wymagana tylko jedna szczepionka – przeciwko żółtej febrze. Pozostałe, takie jak na dur brzuszny, żółtaczkę typu A i B, tężec czy polio, są tylko zalecane, niemniej większość z nas zdecydowała się także na nie.

Jest jednak taka choroba, przeciwko której zaszczepić się nie można. Malaria – przyjaciel komarów. Tak, to byli nasi wieczorni towarzysze. Udziabał tu, udziabał tam. Nie sposób było całkowicie się przed nimi uchronić. Jedyne co mogliśmy zrobić, aby uchronić się przed ewentualną chorobą, było zażywanie codziennie tabletek, które w wypadku zachorowania zmniejszały objawy, a także używać repelentów ze specjalnymi składnikami, które te małe owady odstraszały. Niektórzy jednak (włącznie ze mną) postanowili mieć trochę adrenaliny i tabletek nie brali :P… Tym, którzy wybierają się tam na dłuższy pobyt (2/3 miesiące i dłużej) takich szalonych pomysłów bym już odradzała ;) chociaż podobno rząd Tanzanii skutecznie walczy z komarami, więc ilość zachorowań na malarię w ostatnich latach zmalała.

Od komarów w nocy chroniły nas moskitiery, które wyglądały tak:

Co do pająków, karaluchów, skorpionów, mrówek i innych robalów – miałam to wyjątkowe szczęście, że jedyne co zobaczyłam w Afryce to przedostatniego dnia małego karalucha pełzającego po podłodze. Jaszczurki były naszymi przyjaciółmi i wyglądały bardzo wdzięcznie, pomykając po ścianach i wyjadając komary. Ich nie należało się bać :D Pająki wielkości dłoni były widziane przez moich współtowarzyszy, na szczęście ta atrakcja mnie ominęła. Nie musiałam też użerać się z milionem mrówek łażących po pokoju. Jednym słowem – szczęście :D

Niebezpieczeństwem takiego wyjazdu było, że kiedy już człowiek przyzwyczaił się do afrykańskiej rzeczywistości, zapominał o pewnych środkach ostrożności. Siadał sobie na ziemi, zapominając że może tam czyhać jakiś mały skorpionik, płukał zęby w wodzie z kranu zapominając, że jednak lepiej by było płukać wodą z butelki, żeby nie złapać jakieś bakterii. Naprawdę, trzeba było się pilnować.

No i mój ulubiony temat – jedzenie :D Praktycznie codziennie mieliśmy na obiad lub kolację sos z czerwonej fasoli :P w kółko i na okrągło przez trzy tygodnie, plus do tego zielony szpinak chiński – taki glon z cebulką.

Od lewej: szpinak chiński, makaron, pieczona kasawa, oraz mięso (nie jestem pewna tutaj jakie;)).

Od lewej: szpinak chiński, makaron, pieczona kasawa, oraz mięso (nie jestem pewna tutaj jakie;)).

Kolejną ciekawostką było ugali – z wyglądu przypominające białą zbitą kaszę, którą maczało się w warzywnym sosie, robione z rośliny zwanej kasawą. Była też pieczona kasawa, która w smaku przypominała pieczonego ziemniaka – Barbarze, jako pożeraczce frytek, oczywiście przypadła ona do gustu ;) Kurczak, najczęściej podawane mięso, tylko udawał kurczaka – gumowaty i „chudy” tak, że co najwyżej można było oblizać kostki.

Pożegnalna kolacja. Pierożki, nieodłączna czerwona fasola, szpinak chiński, awokado, mango.

Pożegnalna kolacja. Pierożki, nieodłączna czerwona fasola, szpinak chiński, awokado, mango.

Często jedliśmy również makaron, ryż, zaś rarytasem były trójkątne pierożki z nadzieniem warzywnym lub mięsnym. Na „mieście” zajadaliśmy się naleśnikami z mąki kukurydzianej, popijając przy tym aromatyczną, mocno słodzoną i przyprawioną kardamonem i imbirem herbatę.

Aaaaaach i jeszcze coś, trzcina cukrowa! Łodygę trzciny przepoławiało się na części, odgryzało kawałki i żuło, wysysając cukrową słodycz, a potem wypluwało. To był taki mały przerywnik w pracy przy łupaniu kamieni w Sega ;)

Wspominając to wszystko, aż czuję w ustach te afrykańskie smaki.

I taka to była właśnie codzienna nasza Afryka…

YouTube Preview Image

P.S. Na filmiku uliczki Kondoa… wszędzie było sprzedawane Pepsi, spożywane tam w ilościach wielkich. Jednak najwspanialszym miejscem w okolicach targu, na którym robiliśmy zakupy, był sklepik gdzie kupowaliśmy… Nutellę! Ach ach, ten wspaniały europejski produkt był nieocenionym wsparciem naszego zapotrzebowania na magnez ;)