Afryka 2014 – Odcinek 3

WIERCENIE


Pasterz z okolic Sega. Fot. Barbra W.

Pasterz z okolic Sega. Fot. Barbra W.

Ten odcinek zaplanowany był jako jeden z ostatnich w moim wspominkowaniu, ale niech tam – wniosek końcowy jest tak istotny, że nie mogę już dłużej czekać, aby się z Wami nim podzielić. Doczytajcie proszę do końca ;)

Podczas mojego pobytu w Afryce pewne kwestie i spostrzeżenia wierciły mi trochę dziurę w głowie. Obserwując tanzańskie społeczeństwo dochodziłam do smutnego wniosku, że fakt, iż kraj ten jest jednym z najbiedniejszych w Afryce, że nie wykorzystuje w pełni zasobów złóż jakie posiada i że rozwija się powoli – jest wynikiem głównie afrykańskiej mentalności. A jak wiadomo, nie tak łatwo jest zmienić mentalność społeczeństwa i trwać to może dekady… o ile w ogóle się da.

Pierwszą więc rzeczą, jaką musi uświadomić sobie ten, który jedzie jako wolontariusz czy świecki misjonarz, jest fakt, że to on powinien się dostosować do tamtejszej rzeczywistości, a nie rzeczywistość do jego europejskich zasad. To chyba też problem nietrafionych projektów w Afryce – brak zrozumienia, że wprowadzanie innowacji nie do końca jest skuteczne i zawsze trzeba to robić z głową, poznawszy kulturę, obyczaje i styl życia miejscowej ludności. Na przykład: wprowadzanie na grunt tanzański norm europejskiej pracy, tj. pełnego skupienia swoich sił w trybie 8-godzinnym, powoduje u nich załamania nerwowe i prowadzi do głębokich depresji, ponieważ kłóci się z ich podejściem do pracy.

Mentalność Afrykańczyków z jednej strony bardzo przyciąga. Afrykańczycy się bowiem NIE PRZEJMUJĄ. Jeśli coś się stanie, słychać momentalnie ich ulubiony zwrot hakuna matata (tak, to te słowa z piosenki z filmu „Król lew”;)) lub hakuna shida tzn. nic się nie stało, nie ma problemu! To dla nas bardzo cenna nauka – naprawdę lepiej się żyje nie szargając swoich nerwów z powodu złapanej gumy w kole czy z wielu innych błahych powodów. Dla innych (spoza Czarnego Lądu) może być to jednak denerwujące, że jakiś problem został zbagatelizowany i zmarginalizowany. Oni tego nie widzą, bo żyją w rzeczywistości nieprzejmowania się. Jeju, ale im fajnie! ;)

nalesnik

Naleśniki w Kondoa. Mniam! :) Fot. Barbra W.

Mieszkańcy Afryki mają też zupełnie inne podejście do czasu. Nie mogę pojąć jak oni go sobie rozciągają! Do końca moich dni nie zapomnę jak na Zanzibarze czekaliśmy na śniadanie… Pierwszy wyczekiwany omlet przybył na stół po 40 minutach!!! W tym ciągłym europejskim pośpiechu zderzenie z tak ślimaczym trybem pracy był oszałamiający. Uwierzcie – idealne ćwiczenie na cierpliwość (i sprawdzenie w jakim stopniu ją mamy ;)).

Z jednej strony człowiek sobie myśli, że dzięki takim działaniom żyje im się lepiej tam w tej Afryce ;) Nie spieszą się, nie denerwują że coś trwa za długo bo jest to u nich standardem, że coś długo trwa. Żyć nie umierać! Z drugiej jednak strony gdyby tak się Ci wszyscy ludzie zmobilizowali, jak diametralnie zmieniłby się ich stan posiadania! O ile lepiej by im się żyło! (Hm… a może „lepiej” tylko w naszych kategoriach?). Patrzenie na tą rzeczywistość, jednocześnie mając pragnienie pomocy tamtejszej ludności budziło we mnie mały dysonans.

Bynajmniej nie mówię, żeby w takim razie w ogóle nie pomagać tamtejszej ludności, bo ta pomoc się marnuje. Jest wiele projektów, które są udane i faktycznie przynoszą nieocenione wsparcie dla ludzi, dają np. możliwość dostępu do źródła wody (wybudowanie studni) czy do pomocy medycznej, dają dzieciom możliwość chodzenia do szkoły i zapewniają im niezbędne przybory szkolne wraz z wyżywieniem (poprzez wsparcie finansowe w ramach tzw. adopcji serca).

Ci, którzy chcą pomagać w Afryce muszą mieć w głowie jednak te zasady: trzeba dostosować się do afrykańskiego stylu i trybu pracy, oraz jechać ze świadomością, że to co zaplanują aby tam zrobić, będzie zrealizowane w 50%, a i tak będzie to sukcesem! I te 50, czy nawet mniej procent waszego wkładu, z pewnością będzie docenione. Małymi kroczkami do przodu!

Pomagać warto i trzeba. Pomimo moich wewnętrznych wiercących głowę rozterek, niesłychanie się cieszę że tam byłam. Ten wyjazd był dla mnie niezwykle cennym impulsem do dalszych działań ponieważ uświadomił, że nie każdy odnajdzie się w roli misjonarza/wolontariusza w kraju całkowicie odmiennym kulturowo, ale KAŻDY ABSOLUTNIE BEZ WYJĄTKU może być takim misjonarzem w swoim środowisku!

Być człowiekiem otwartym i dawać innym wszystko to, co ma się najcenniejszego.

TU

i TERAZ.

CZY TY TO SŁYSZYSZ?!

fot. M. Sętorek

fot. M. Sętorek